Trzydziesty pierwszy dzień.
Pakowanie zakończone. Wszystkie toboły czekają w samochodzie, parę rzeczy jeszcze doniosę. Papiery z praktyk ostatecznie już uzupełniłem, czekać tylko, aby się ich w końcu pozbyć.
Samowola dzisiejsza była przerażająca. Swoje trwała, jednak udało mi się przeforsować wykonanie wysiłku fizycznego.
Czekam z niecierpliwością na kontakt.
Tak w ogóle, spróbowałem Follow The Cat'a. Zapowiadają się bardzo ciekawie, szkoda, że na razie udostępnili jeden kawałek.
czwartek, 30 września 2010
środa, 29 września 2010
Trzydziesty dzień.
Pakowanie dobytku w pudła. Zdaję sobie sprawę, że to dobytek przez średniej wielkości "d", acz - jak na warunki typowego osobnika zwanego fucking student - to wręcz żywe złoto! I one wcale Gierka nie pamiętają! No, nie muszą.
Dzisiaj kolejne koło filmowe, nie wiem, czy nie ostatnie. cotygodniowe dojazdy do strzelec dobiłyby mnie finansowo, zatem będę raczej skłonny sobie odpuścić i jedynie od czasu do czasu pojawić się, aby potrzymać i pobawić się kamerką.
Nagrania, które dzisiaj widzieliśmy, były całkiem dobre. Przyznałem się do wielokrotnego rzeźbienia trawy, czyli niewyłączania sprzętu w trakcie przemieszczania. Mimo moich obaw o jakość było przyzwoicie, gdyż tylko w niektórych momentach ręka mi mocno drżała.
Zostałem pozytywnie oceniony w roli pana reportera. Wszyscy się nad tym zastanawiali, więc dla osób, które już widziały moje bliskie spotkanie trzeciego stopnia z Kupichą, wyjaśniam: te urwane zapytanie miało brzmieć na wzór Czy wiadomo coś o nowym albumie? Kiedy można się go spodziewać?, acz ułańska fantazja kazała mi zrobić parę podkopów pod się, wszak chciałem te dwa pytania złączyć w jedno.
W ten sposób kończy mi się dzień.
Pakowanie dobytku w pudła. Zdaję sobie sprawę, że to dobytek przez średniej wielkości "d", acz - jak na warunki typowego osobnika zwanego fucking student - to wręcz żywe złoto! I one wcale Gierka nie pamiętają! No, nie muszą.
Dzisiaj kolejne koło filmowe, nie wiem, czy nie ostatnie. cotygodniowe dojazdy do strzelec dobiłyby mnie finansowo, zatem będę raczej skłonny sobie odpuścić i jedynie od czasu do czasu pojawić się, aby potrzymać i pobawić się kamerką.
Nagrania, które dzisiaj widzieliśmy, były całkiem dobre. Przyznałem się do wielokrotnego rzeźbienia trawy, czyli niewyłączania sprzętu w trakcie przemieszczania. Mimo moich obaw o jakość było przyzwoicie, gdyż tylko w niektórych momentach ręka mi mocno drżała.
Zostałem pozytywnie oceniony w roli pana reportera. Wszyscy się nad tym zastanawiali, więc dla osób, które już widziały moje bliskie spotkanie trzeciego stopnia z Kupichą, wyjaśniam: te urwane zapytanie miało brzmieć na wzór Czy wiadomo coś o nowym albumie? Kiedy można się go spodziewać?, acz ułańska fantazja kazała mi zrobić parę podkopów pod się, wszak chciałem te dwa pytania złączyć w jedno.
W ten sposób kończy mi się dzień.
wtorek, 28 września 2010
"Medusa you robbed me of my youth "
Dwudziesty dziewiąty dzień.
Powoli zaczynam myśleć o studiach, a bardziej o przeprowadzce do akademca. Załatwiam ostatnie rzeczy w KK i SO, powoli trzeba będzie się pakować.
Sporządziłem już listę potrzebnych rzeczy.
Przeraziło mnie nk. Chciałem stworzyć ot konto, aby sprawdzić nowości o najbliższym roku akademickim. Po wypisaniu wszelkich potrzebnych danych pozostało mi wyrażenie zgody lub nie na przetwarzanie danych. Jakież było moje zdziwienie, gdy się okazało, że konto można założyć WYŁĄCZNIE po zaakceptowaniu WSZYSTKICH punktów, z czego trzy dotyczyło przetwarzania danych. Szok! Pamiętam, jak kilka lat temu to nie było wymagane. Zresztą co to za zgoda, skoro prędzej jest to wymuszenie. Albo "dobrowolnie" pakujesz się w bagno, albo wynocha.
Dzisiaj Gwiezdne Wojny. Jakoś nie jest mi dane zobaczenie któregokolwiek odcinka;P
Muzyka na dziś:
Dodałem dwa filmiki. Jeden to fragment koncertu Feela i wywiad z Kupichą, drugi - kawałek koncertu, który kamerowałem.
Powoli zaczynam myśleć o studiach, a bardziej o przeprowadzce do akademca. Załatwiam ostatnie rzeczy w KK i SO, powoli trzeba będzie się pakować.
Sporządziłem już listę potrzebnych rzeczy.
Przeraziło mnie nk. Chciałem stworzyć ot konto, aby sprawdzić nowości o najbliższym roku akademickim. Po wypisaniu wszelkich potrzebnych danych pozostało mi wyrażenie zgody lub nie na przetwarzanie danych. Jakież było moje zdziwienie, gdy się okazało, że konto można założyć WYŁĄCZNIE po zaakceptowaniu WSZYSTKICH punktów, z czego trzy dotyczyło przetwarzania danych. Szok! Pamiętam, jak kilka lat temu to nie było wymagane. Zresztą co to za zgoda, skoro prędzej jest to wymuszenie. Albo "dobrowolnie" pakujesz się w bagno, albo wynocha.
Dzisiaj Gwiezdne Wojny. Jakoś nie jest mi dane zobaczenie któregokolwiek odcinka;P
Muzyka na dziś:
In your bedroom you keep an iron cageBrendan Perry Medusa
Where a blackbird sings her freedom song
For you know the true value of keeping slaves
They sing the saddest of songs
Dodałem dwa filmiki. Jeden to fragment koncertu Feela i wywiad z Kupichą, drugi - kawałek koncertu, który kamerowałem.
poniedziałek, 27 września 2010
Jesienna nuda
Dwudziesty ósmy dzień.
Nudnawo.
Naliczyłem 9 młodych gibbicepsów, choć podejrzewam, że może ich być więcej.
Jak można tak nic nie robić. No dobra, porządkowałem kompa. Zresztą pogoda niczemu nie sprzyja. Ciągle leje.
Nudnawo.
Naliczyłem 9 młodych gibbicepsów, choć podejrzewam, że może ich być więcej.
Jak można tak nic nie robić. No dobra, porządkowałem kompa. Zresztą pogoda niczemu nie sprzyja. Ciągle leje.
niedziela, 26 września 2010
Praca wywiadowcza
Dwudziesty siódmy dzień.
Filmowy. Tak możne by rzec - choć nie pod względem obejrzanych dzieł. Tym razem jako członek ekipy technicznej ośrodka kultury z kamerą na ramieniu (choć nie cały czas). Poza tym załatwiało się kilka podstawowych rzeczy, jak napoje i siedzisko. Kurka, mam nadzieję, że chłopaki oddali krzesła i ławkę;D
Głównie latałem i filmowałem drugą kamerą - tym ciekawszym zajęciem, wszak ciągle jest się w ruchu i trzeba myśleć o tym, co się robi, a bardziej co za chwilę się zrobi. Było śmiesznie, nerwowo i arcyciekawie. Sponsorem wrażeń był jak zwykle Piotrek, który stawiał mi wysokiej klasy zadania. O tym za chwilę.
Pomimo różnych niedociągnięć i wkurzających technicznych Feela (którzy testowanymi światłami walili mi wprost do kamery) wszystko odbyło się w życzliwej atmosferze. Prawie, ale jednak.
Deszcz zamienił pola Grodziska w wielkie jezioro błota. O mało nie wciągnęło mi butów jak wracałem do samochodu. My, usadowieni obok akustyka, byliśmy centralnie pod namiotem, stąd burza i chłód był nam niestraszny.
Feel. Nie żywię doń wyższych uczuć, choć ostatecznie stwierdziłem, co następuje: chłopaki potrafią grać, Kupicha ma dobry głos (choć nie wybitny, nie elektryzuje jak Niemen ani nie wprowadza w trans jak Soyka), zaś efekty specjalne są na wysokim, profesjonalnym poziomie (choć nie czaiłem po jakie licho wyświetlali filmiki za sobą, które - nie wszystkie - nie miały za dużo wspólnego z tekstem); jedyne i najważniejsze, czego u nich nienawidzę, to durne teksty, typu:
Poza tym słuchanie jaj i przytulanie oczu nie należą do moich ulubionych czynności.
Manager też zrobił nam świństwo, wszak po jakie licho kamerować artystów z odległości 3 m, jak potrzebujemy dobrej jakości zbliżeń? No ale, gwiazda i jej kaprysy.
Wracając do największej dawki adrenaliny niedzielnego wieczora, to był świetny pomysł Piotrka na przeprowadzenie wywiadu z Kupichą. Pytania ułożyłem ja i ja je zadawałem. Cóż, trwało to może 3-4 minuty, a ciągnęło się się w przestrzeni jakbym miał z 10 minut przegadać. I tak dobrze, że nas przyjął po koncercie.
Wiadomo - człowiek normalny, a także normalny (zmiana w znaczeniu). Skoro świat dziczeje, a w Polsce tylko są jeszcze normalne rodziny...
Filmowy. Tak możne by rzec - choć nie pod względem obejrzanych dzieł. Tym razem jako członek ekipy technicznej ośrodka kultury z kamerą na ramieniu (choć nie cały czas). Poza tym załatwiało się kilka podstawowych rzeczy, jak napoje i siedzisko. Kurka, mam nadzieję, że chłopaki oddali krzesła i ławkę;D
Głównie latałem i filmowałem drugą kamerą - tym ciekawszym zajęciem, wszak ciągle jest się w ruchu i trzeba myśleć o tym, co się robi, a bardziej co za chwilę się zrobi. Było śmiesznie, nerwowo i arcyciekawie. Sponsorem wrażeń był jak zwykle Piotrek, który stawiał mi wysokiej klasy zadania. O tym za chwilę.
Pomimo różnych niedociągnięć i wkurzających technicznych Feela (którzy testowanymi światłami walili mi wprost do kamery) wszystko odbyło się w życzliwej atmosferze. Prawie, ale jednak.
Deszcz zamienił pola Grodziska w wielkie jezioro błota. O mało nie wciągnęło mi butów jak wracałem do samochodu. My, usadowieni obok akustyka, byliśmy centralnie pod namiotem, stąd burza i chłód był nam niestraszny.
Feel. Nie żywię doń wyższych uczuć, choć ostatecznie stwierdziłem, co następuje: chłopaki potrafią grać, Kupicha ma dobry głos (choć nie wybitny, nie elektryzuje jak Niemen ani nie wprowadza w trans jak Soyka), zaś efekty specjalne są na wysokim, profesjonalnym poziomie (choć nie czaiłem po jakie licho wyświetlali filmiki za sobą, które - nie wszystkie - nie miały za dużo wspólnego z tekstem); jedyne i najważniejsze, czego u nich nienawidzę, to durne teksty, typu:
Na rozstaju dróg,Kurka, na rozstajach prędzej spota się strzygę, wampira albo czarownicę, ale nie Boga!! Chyba że miał na myśli Baala.
Stoi dobry Bóg,
Poza tym słuchanie jaj i przytulanie oczu nie należą do moich ulubionych czynności.
Manager też zrobił nam świństwo, wszak po jakie licho kamerować artystów z odległości 3 m, jak potrzebujemy dobrej jakości zbliżeń? No ale, gwiazda i jej kaprysy.
Wracając do największej dawki adrenaliny niedzielnego wieczora, to był świetny pomysł Piotrka na przeprowadzenie wywiadu z Kupichą. Pytania ułożyłem ja i ja je zadawałem. Cóż, trwało to może 3-4 minuty, a ciągnęło się się w przestrzeni jakbym miał z 10 minut przegadać. I tak dobrze, że nas przyjął po koncercie.
Wiadomo - człowiek normalny, a także normalny (zmiana w znaczeniu). Skoro świat dziczeje, a w Polsce tylko są jeszcze normalne rodziny...
sobota, 25 września 2010
"One life - FEEL IT!"
Dwudziesty szósty dzień.
Anathema Summernight Horizon
Nadal niepodzielnie rządzi w głośnikach Anathema i ich genialny album. Dzisiaj z kolei - jak w soboty - sporo sprzątania i pomagania rodzicom.
Hah, zawstydziłem sąsiadów! Nie, i to wcale nie gołymi pośladkami, tylko ciężką pracą przed domem;) W końcu sami się wzięli za zamiatanie ulicy.
In blood red skies
Mind takes flight (the sky is falling)
Oceans rise
Worlds collide
To know the space between us
The space between us
Anathema Summernight Horizon
Nadal niepodzielnie rządzi w głośnikach Anathema i ich genialny album. Dzisiaj z kolei - jak w soboty - sporo sprzątania i pomagania rodzicom.
Hah, zawstydziłem sąsiadów! Nie, i to wcale nie gołymi pośladkami, tylko ciężką pracą przed domem;) W końcu sami się wzięli za zamiatanie ulicy.
piątek, 24 września 2010
Wstyd i hańba z taką elitą
Dwudziesty piąty dzień.
Spotkanie, nazywane przeze mnie konferencją, odbyło się popołudniem, zatem z rana miałem troszkę czasu dla się.
Jak przystało na okres wakacyjny, rozpocząłem dzień całkowicie normalnie, czyli o dziewiątej. Śniadanko, sprzątanko i muzyczka. Jako że czas szybko zleciał, wnet musiałem gnać do sklepu po mleko, wszak - para pam pam pam - robiłem sobie na obiad naleśniki! Może pierwsze dwa nie były mistrzowskie (1szy zebrał nadmiar oleju z patelni, a 2gi zwalił mi się przy podrzucaniu w jedną masę), to kolejne - palce lizać (no z drugiej strony nie było po co oblizywać, skoro nie robiłem ich na dużej ilości tłuszczu). Ledwo skończyłem ostatni, już musiałem zbierać się do pracy, więc szybko po samochód i - z jednym powrotem po komórkę - jechałem ile fabryka dała. Oj, dała ona, dała... Bardzo lubię Ople właśnie za ich przyspieszenie;D
W SOK-u odebrałem ocenę z praktyk i pożegnałem się z przebywającymi tam akuratnie pracownikami - no w sumie głównie z chłopakami - i czym prędzej leciałem w dół po schodach, żeby przejechać kilka ulic dalej, ku Domowi Rzemieślnika.
Przyda się krótkie wytłumaczenie dlaczego właśnie tam. Otóż z zaproszenia, które widziałem przez bliżej nieokreśloną chwilę jakieś 2 tygodnie temu, zapamiętałem kilka informacji: datę, godzinę, piętro, ogólny temat (po prostu coś z ekonomii o dziwnym i długim tytule) oraz coś o Domu Rzemieślnika. Jako że moja przełożona jest bardziej zakręcona ode mnie, to ona tym bardziej nie zwróciła uwagi na jakieś szczegóły. Nie zapisywałem sobie żadnych danych, bo i po co, skoro Dom Rzemieślnika nie jest duży.
Z tymi informacjami w głowie udałem się zatem w w/w miejsce. Zaszedłem za drugie piętro, rozglądam się, a tu same małe pokoiki, żadnej większej sali w zasięgu wzroku (i to nie wina braku okularów). Wchodzę grzecznie, acz zdyszany, do pierwszego lepszego biura i pytam o dzisiejszą konferencję. Panie siedzące za biurkami wymieniły się spojrzeniami wprost z wybałuszonych oczu, po czym chwyciły za telefon i przekazały mi, że to na pewno nie na tym piętrze, a może w ogóle - w starostwie! Posiadając okruchy nadziei poszedłem zatem kondygnację niżej w celu odnalezienia kogokolwiek, kto mógłby mi coś podpowiedzieć. Ostatecznie dowiedziałem się, że na tym piętrze też dzisiaj nic nie organizują. Zrezygnowany, acz z nowym pomysłem, skierowałem się do drzwi wyjściowych. Plan dalszych działań był następujący: szybko udać się do starostwa i sprawdzić drugie piętro budynku; awaryjnie biec do domu kultury i przeanalizować szczegółowo pozostawioną na biurku przełożonej informację o spotkaniu. Wyjście ewakuacyjne okazało się zbędne, wszak - szczęśliwie czy nie - trafiłem na właściwą konferencję.
Nim wszedłem do środka przeprosiłem za spóźnienie osobę stojącą przy drzwiach (bodajże był to pracownik starostwa, wszak latał z aparatem i dokumentował to tragiczne spotkanie). Następnie przysiadłem się do stołu w bezpiecznej odległości jednego krzesła od najbliższej osoby. Niestety, przygotowane przeze mnie materiały nie mogły być spokojnie użyte. Ustawienie stołów nie sprzyjało czytaniu książki czy wypełnianiu krzyżówek, gdyż z tyłu usadowili się pomocnicy wykładowcy, a także co inni spóźnialscy, którzy - biorąc ze mnie przykład - również usadawiali się w pozycjach bezpiecznych. Przy wstępnym rozeznaniu się w sytuacji doszedłem do wniosku, że chyba minąłem się z powołaniem. Nie, minąłbym, gdybym był takim pracodawcą, jakich było na sali większość.
Wspomnę wpierw o wykładowcy. Jakiś doktor z UO, chyba z ekonomii. Mówił ciekawie, nie nudził, a przynajmniej w pierwszej części. Widać było, że zależało mu na jak najszybszym zakończeniu tej farsy i stąd poskracał wystąpienia z 1,5-godzinnych na 45-minutowe. Specjalnie w dyskusje nie wchodził, w końcu po co psuć tak dobrą atmosferę, w której czuć było tęsknotę do Gierka. Mimo wszystko mówił o rzeczach, które mnie - jako studenta, a nie pracodawcę - w ogóle nie obchodziły.
Teraz przedstawię gwiazdy przedsiębiorczości powiatu strzeleckiego. Średnia wieku wynosiła pewnie około 45 lat, choć były w tym gronie osoby młode: ja, prowadzący i trzydziestoparoletni "biznesmen", który jako pierwszy rzucił mi się w oczy. Prawdopodobnie ma kompleks szkolnego prymusa, które zawsze siedzi w pierwszej ławce i tylko dlatego mu się wydaje, że jest geniuszem. Tak było tym razem, wszak jako jedyny siedział tuż obok prowadzącego. Zamszowy garniturek, notes (co rusz zapisywany) i spojrzenia rzucane co chwila w tył na innych biesiadników. Z drugiej strony siedziało dwóch mechaników, jeden wszystkowiedzący i jakiś jeden cichy - przypadkowy jak ja czy co? Naprzeciwko niego siedział jeden nieco mniej cichy, rzucający nieraz wymyślne podsumowania dyskusji. Potem dwoje pracodawców z wyższej półki - pod krawacikiem, co było ewenementem na sali - którzy opuścili padół zgryzoty po niecałej godzince. Poza tym była jeszcze jedna dama, wyglądająca na właścicielkę sklepu osiedlowego, oraz jakiś ulizany wesołek, który starał się, acz nieudolnie, rozśmieszać publiczkę jakimiś dziwnymi hasełkami. Całe szczęście, że on sam potrafił się z tego śmiać.
Nie dziwcie się, że wykładowca chciał stamtąd uciec.
Wygłoszone zostały dwa wykłady: o elastyczności pracodawcy i pracownika oraz o odpowiedzialności społecznej zakładu pracy. Po przedstawieniu podstawowych założeń pierwszego tematu (flexicurity) prowadzący zadał pytanie:
Drugi wykład, nieco ciekawszy, wszak mówiący o ochronie środowiska, organizowaniu imprez czy filantropii, zakończony został w podobny sposób. Wpierw strzelecka elita wyszła z założenia, że i tu biurokracja żyć nie daje, a ochrona środowiska to śmieszna rzecz, zaś najlepsze można było usłyszeć nt. sponsoringu. Wpierw mechanik zaczął zwierzać się z przykrej sytuacji, jak jedna dziewczyna chciała naciągnąć go na dofinansowanie leczenia kogoś z drugiego końca Polski. Potem temat podchwycił wszystkowiedzący, który opowiadać zaczął, jak to jednemu delikwentowi spod Biedronki kupił pół chleba, po czym był niemiłosiernie zażenowany faktem, iż ta osoba posiadała ukryte w torbie 4 puszki piwa. Punktem kulminacyjnym była jednak wypowiedź prymusa, który rzekł coś na wzór:
Dobra, dzień się jeszcze nie skończył, acz już by lepiej było...
Spotkanie, nazywane przeze mnie konferencją, odbyło się popołudniem, zatem z rana miałem troszkę czasu dla się.
Jak przystało na okres wakacyjny, rozpocząłem dzień całkowicie normalnie, czyli o dziewiątej. Śniadanko, sprzątanko i muzyczka. Jako że czas szybko zleciał, wnet musiałem gnać do sklepu po mleko, wszak - para pam pam pam - robiłem sobie na obiad naleśniki! Może pierwsze dwa nie były mistrzowskie (1szy zebrał nadmiar oleju z patelni, a 2gi zwalił mi się przy podrzucaniu w jedną masę), to kolejne - palce lizać (no z drugiej strony nie było po co oblizywać, skoro nie robiłem ich na dużej ilości tłuszczu). Ledwo skończyłem ostatni, już musiałem zbierać się do pracy, więc szybko po samochód i - z jednym powrotem po komórkę - jechałem ile fabryka dała. Oj, dała ona, dała... Bardzo lubię Ople właśnie za ich przyspieszenie;D
W SOK-u odebrałem ocenę z praktyk i pożegnałem się z przebywającymi tam akuratnie pracownikami - no w sumie głównie z chłopakami - i czym prędzej leciałem w dół po schodach, żeby przejechać kilka ulic dalej, ku Domowi Rzemieślnika.
Przyda się krótkie wytłumaczenie dlaczego właśnie tam. Otóż z zaproszenia, które widziałem przez bliżej nieokreśloną chwilę jakieś 2 tygodnie temu, zapamiętałem kilka informacji: datę, godzinę, piętro, ogólny temat (po prostu coś z ekonomii o dziwnym i długim tytule) oraz coś o Domu Rzemieślnika. Jako że moja przełożona jest bardziej zakręcona ode mnie, to ona tym bardziej nie zwróciła uwagi na jakieś szczegóły. Nie zapisywałem sobie żadnych danych, bo i po co, skoro Dom Rzemieślnika nie jest duży.
Z tymi informacjami w głowie udałem się zatem w w/w miejsce. Zaszedłem za drugie piętro, rozglądam się, a tu same małe pokoiki, żadnej większej sali w zasięgu wzroku (i to nie wina braku okularów). Wchodzę grzecznie, acz zdyszany, do pierwszego lepszego biura i pytam o dzisiejszą konferencję. Panie siedzące za biurkami wymieniły się spojrzeniami wprost z wybałuszonych oczu, po czym chwyciły za telefon i przekazały mi, że to na pewno nie na tym piętrze, a może w ogóle - w starostwie! Posiadając okruchy nadziei poszedłem zatem kondygnację niżej w celu odnalezienia kogokolwiek, kto mógłby mi coś podpowiedzieć. Ostatecznie dowiedziałem się, że na tym piętrze też dzisiaj nic nie organizują. Zrezygnowany, acz z nowym pomysłem, skierowałem się do drzwi wyjściowych. Plan dalszych działań był następujący: szybko udać się do starostwa i sprawdzić drugie piętro budynku; awaryjnie biec do domu kultury i przeanalizować szczegółowo pozostawioną na biurku przełożonej informację o spotkaniu. Wyjście ewakuacyjne okazało się zbędne, wszak - szczęśliwie czy nie - trafiłem na właściwą konferencję.
Nim wszedłem do środka przeprosiłem za spóźnienie osobę stojącą przy drzwiach (bodajże był to pracownik starostwa, wszak latał z aparatem i dokumentował to tragiczne spotkanie). Następnie przysiadłem się do stołu w bezpiecznej odległości jednego krzesła od najbliższej osoby. Niestety, przygotowane przeze mnie materiały nie mogły być spokojnie użyte. Ustawienie stołów nie sprzyjało czytaniu książki czy wypełnianiu krzyżówek, gdyż z tyłu usadowili się pomocnicy wykładowcy, a także co inni spóźnialscy, którzy - biorąc ze mnie przykład - również usadawiali się w pozycjach bezpiecznych. Przy wstępnym rozeznaniu się w sytuacji doszedłem do wniosku, że chyba minąłem się z powołaniem. Nie, minąłbym, gdybym był takim pracodawcą, jakich było na sali większość.
Wspomnę wpierw o wykładowcy. Jakiś doktor z UO, chyba z ekonomii. Mówił ciekawie, nie nudził, a przynajmniej w pierwszej części. Widać było, że zależało mu na jak najszybszym zakończeniu tej farsy i stąd poskracał wystąpienia z 1,5-godzinnych na 45-minutowe. Specjalnie w dyskusje nie wchodził, w końcu po co psuć tak dobrą atmosferę, w której czuć było tęsknotę do Gierka. Mimo wszystko mówił o rzeczach, które mnie - jako studenta, a nie pracodawcę - w ogóle nie obchodziły.
Teraz przedstawię gwiazdy przedsiębiorczości powiatu strzeleckiego. Średnia wieku wynosiła pewnie około 45 lat, choć były w tym gronie osoby młode: ja, prowadzący i trzydziestoparoletni "biznesmen", który jako pierwszy rzucił mi się w oczy. Prawdopodobnie ma kompleks szkolnego prymusa, które zawsze siedzi w pierwszej ławce i tylko dlatego mu się wydaje, że jest geniuszem. Tak było tym razem, wszak jako jedyny siedział tuż obok prowadzącego. Zamszowy garniturek, notes (co rusz zapisywany) i spojrzenia rzucane co chwila w tył na innych biesiadników. Z drugiej strony siedziało dwóch mechaników, jeden wszystkowiedzący i jakiś jeden cichy - przypadkowy jak ja czy co? Naprzeciwko niego siedział jeden nieco mniej cichy, rzucający nieraz wymyślne podsumowania dyskusji. Potem dwoje pracodawców z wyższej półki - pod krawacikiem, co było ewenementem na sali - którzy opuścili padół zgryzoty po niecałej godzince. Poza tym była jeszcze jedna dama, wyglądająca na właścicielkę sklepu osiedlowego, oraz jakiś ulizany wesołek, który starał się, acz nieudolnie, rozśmieszać publiczkę jakimiś dziwnymi hasełkami. Całe szczęście, że on sam potrafił się z tego śmiać.
Nie dziwcie się, że wykładowca chciał stamtąd uciec.
Wygłoszone zostały dwa wykłady: o elastyczności pracodawcy i pracownika oraz o odpowiedzialności społecznej zakładu pracy. Po przedstawieniu podstawowych założeń pierwszego tematu (flexicurity) prowadzący zadał pytanie:
Czy na Opolszczyźnie jest szansa na wprowadzenie w życie propozycji UE, jakim jest flexicurity?Po czym odezwał się jeden z mechaników, że NIE (ubrał to w słowa, że biurokracja żyć nie daje, nic nie da się zrobić z urzędasami, a w Stanach jest tak dobrze, ale nie tu!), jako następny dokańczał w głębszym tonie wszystkowiedzący (prawo sporządzone jest przez prawników, a ONI robili je tak, żeby tylko ONI mogli wiedzieć, jakie są kruczki, furtki, obejścia... ale jak dobrze za PRL było! Panie! ja to żyłem, że... itd), a na koniec swoje grosze dodał prymus, który zapewnił o słuszności wypowiadających się. Podsumowując - u nas się NIE DA.
Drugi wykład, nieco ciekawszy, wszak mówiący o ochronie środowiska, organizowaniu imprez czy filantropii, zakończony został w podobny sposób. Wpierw strzelecka elita wyszła z założenia, że i tu biurokracja żyć nie daje, a ochrona środowiska to śmieszna rzecz, zaś najlepsze można było usłyszeć nt. sponsoringu. Wpierw mechanik zaczął zwierzać się z przykrej sytuacji, jak jedna dziewczyna chciała naciągnąć go na dofinansowanie leczenia kogoś z drugiego końca Polski. Potem temat podchwycił wszystkowiedzący, który opowiadać zaczął, jak to jednemu delikwentowi spod Biedronki kupił pół chleba, po czym był niemiłosiernie zażenowany faktem, iż ta osoba posiadała ukryte w torbie 4 puszki piwa. Punktem kulminacyjnym była jednak wypowiedź prymusa, który rzekł coś na wzór:
No w sumie rzeczy, nie, wspomaganie osób w postaci kupowania im bułki niekoniecznie musi wiązać się z pijarem czy próbą zrobienia dobrego wizerunku o firmie, nie, no bo trudno by było się tym później chwalić, nie, a w ogóle to taki nieduży wydatek te 2 czy 5 złotych, nie?Całe szczęście wykładowcy bardzo się spieszyło do domu, stąd zgromadzenie szybko się rozwiązało. W tak odmóżdżającym gronie baaardzo dawno nie byłem! AAA!!!
Dobra, dzień się jeszcze nie skończył, acz już by lepiej było...
czwartek, 23 września 2010
The space between us
Dwudziesty czwarty dzień.
Dzień był niezwykle nudny. Krótko, acz na temat. Poza graniem, jazdą do opo i porządkach jesiennych na półkach nic, no nic się nie zdarzyło. Chyba musiałbym postawić jakiś krzyż na środku autostrady, byłaby heca.
Utwór na dziś: Anathema Summernight Horizon
Dzień był niezwykle nudny. Krótko, acz na temat. Poza graniem, jazdą do opo i porządkach jesiennych na półkach nic, no nic się nie zdarzyło. Chyba musiałbym postawić jakiś krzyż na środku autostrady, byłaby heca.
Utwór na dziś: Anathema Summernight Horizon
Subskrybuj:
Posty (Atom)