Dzień jak każdy, choć chciałoby się rzec - inny? Bo następny.
Galerianki. Film poruszający ciekawy, aktualny temat, z doborową obsadą drugoplanową. Poza tym marna realizacja, choć przeważnie ujęcia były w porządku. Opowieść o subkulturze galerianek ]:-> Smutne, przerażające, dołujące, choć na koniec znajduje się iskierka nadziei na zmianę głównej bohaterki. I porażające teksty.
Dawne czasy. W odpowiedzi na Twoją wiadomość, staram się dawać z tym rady. Ostatnimi czasy wychodzi mi to dobrze, ale lepiej nie zapeszać:) Powtarzam sobie, ilekroć bierze mnie na ckliwe wspomnienia, że to przeszłość, która była. Ot i nic więcej. Podskórnie od długiego czasu urywam stare znajomości, często wątpię w sens podtrzymywania ich w sytuacji, gdy ktoś ma lekceważące podejście do mnie. Kłamliwe. Zostałem wychowany w duchu prawdy, tej wewnętrznej - nie ustanawianej przez tysiąc głosów [to w stosunku do odpowiednich, znanych osób]. Zasada jest prosta: były gimnazjum/liceum/pierwsze lata studiów - i ich nie będzie; były dawne znajomości, teraz urwane, więc ich nie ma; była wiara, teraz i jej nie ma. Może bardziej nadzieja na to, że kiedykolwiek będę mógł uwierzyć. Dawno straciłem nadzieję, mniej więcej w tym samym czasie, w którym traciłem własne "ja". Zasadę mojego podejścia można w skrócie przedstawić: było - nie będzie; co jest teraz i za chwilę, może być i jutro, to zależy od własnej pracy.
Tytuł posta: to utwór Bucketheada, który wczoraj nie pozwalał mi zasnąć. Genialny gitarzysta. Początkowa fraza piosenki cały czas kołowała mi w głowie. Niesamowita muzyka tworzona przez mistrza.
piątek, 25 czerwca 2010
wtorek, 15 czerwca 2010
Wyprowadzka
Nadszedł w końcu ten dzień. Wszystko wyniesione oprócz kompa. Siedzę sam w pustym pokoju. Ciekawe i zatrważające, wszak przy chłodnym powiewie.
Biorę ze sobą bagaż kolejnych doświadczeń ze świadomością przejścia kolejnego etapu w życiu, adekwatnie do teorii Ericha Fromma. Koniec komuny, nastał czas rozsądnego dbania o własne.
Zostawiam za sobą złe wspomnienia, biorę tylko te dobre. Pokój 365 jest przestrzenią odgradzającą mnie od przeszłości. Jest teraz i czas wstecz do przestrzeni. Dalej już nie, na starsze wspomnienia nakładam gruby filtr. One nadal gdzieś tam są, ale nie są dziś aż tak ważne.
Z pozytywnym nastawieniem patrzę w przyszłość. Nie powiem - boję się, ale jest to strach podszyty ciekawością świata. Bo czym jest świat? To nie USA, to nie Animal Planet, to nie subkultura. Świat to tylko ja, ty i nasze możliwości. Nic więcej się nie liczy. Żaden kolejny prezydent nie wniesie potrzebnych zmian i to od razu, mój głos jest jednym na 38 milionów, co oznacza nic. Równie dobrze mógłbym grać w totolotka.
Koniec przesiadywania. Czas zakończyć wyprowadzkę.
Biorę ze sobą bagaż kolejnych doświadczeń ze świadomością przejścia kolejnego etapu w życiu, adekwatnie do teorii Ericha Fromma. Koniec komuny, nastał czas rozsądnego dbania o własne.
Zostawiam za sobą złe wspomnienia, biorę tylko te dobre. Pokój 365 jest przestrzenią odgradzającą mnie od przeszłości. Jest teraz i czas wstecz do przestrzeni. Dalej już nie, na starsze wspomnienia nakładam gruby filtr. One nadal gdzieś tam są, ale nie są dziś aż tak ważne.
Z pozytywnym nastawieniem patrzę w przyszłość. Nie powiem - boję się, ale jest to strach podszyty ciekawością świata. Bo czym jest świat? To nie USA, to nie Animal Planet, to nie subkultura. Świat to tylko ja, ty i nasze możliwości. Nic więcej się nie liczy. Żaden kolejny prezydent nie wniesie potrzebnych zmian i to od razu, mój głos jest jednym na 38 milionów, co oznacza nic. Równie dobrze mógłbym grać w totolotka.
Koniec przesiadywania. Czas zakończyć wyprowadzkę.
piątek, 4 czerwca 2010
Sieć łowna
Odkrywam głębię powiązań psychicznych z tym miejscem. Wszystko mnie atakuje, wszelkie wspomnienia - też wspomnienia negatywnych nawyków. Muszę coś tu zmienić, czuję, że należy coś zniszczyć, choć równie dobrze można zacząć oszukiwać wszystko w koło, dopasowywać się. Drugie wydaje się być bezpieczniejszym, choć długofalowym zamierzeniem.
Dobra, ale o co chodzi? Otóż wystarczają mi dwa dni spędzone w rodzinnych stronach, aby popaść w coś jakby nerwicę. Wszystko mnie wkurza, co chwilę przypominają mi się dawne historie związane z domem, a to wcale przyjemne nie jest. Podejrzewam, że mnie szlag trafi, jeśli rodzice nadal nie będą mnie traktować jako "dorosłego członka rodziny" (nie wiem jak inaczej to wyrazić - syna? osobę powiązaną prawem krwi a nie wyłącznie obowiązków?), a tylko jako pomoc domową.
Muszę wyplątać z tej sieci.
Dobra, ale o co chodzi? Otóż wystarczają mi dwa dni spędzone w rodzinnych stronach, aby popaść w coś jakby nerwicę. Wszystko mnie wkurza, co chwilę przypominają mi się dawne historie związane z domem, a to wcale przyjemne nie jest. Podejrzewam, że mnie szlag trafi, jeśli rodzice nadal nie będą mnie traktować jako "dorosłego członka rodziny" (nie wiem jak inaczej to wyrazić - syna? osobę powiązaną prawem krwi a nie wyłącznie obowiązków?), a tylko jako pomoc domową.
Muszę wyplątać z tej sieci.
wtorek, 25 maja 2010
Hasła religijne wyciągnięte z muzyki popularnej
Czekam chwili, kiedy Ciebie będzie więcej niż mnie
Śmieszna teza. Dziwna, po prostu. Nie rozumiem, jak można bezinteresownie oddać swoją tożsamość, swój byt ... Czemuś? Właśnie - Czemuś.
Druga sprawa to na ile się siebie zatraca, a na ile oddaje się swój los komuś, by to ktoś decydował. Freudowski ojciec, rzecz jasna.
Trzecia sprawa - na ile się oferuje, że chce się oddać, a na ile naprawdę się w tym kierunku coś robi. Mam na myśli następującą rzecz: ileż jest ludzi deklarujących właśnie w ten sposób, które w "realu" nic sobie z tego nie robią - tj. nadal ważniejsze jest imprezowanie, podrywanie dziewczyn, seks, używki, szpan... a może - właśnie takim ma być Bóg? Symbolem seksu, wódki i mody?
Ja nigdy bym nie mógł tak powiedzieć - tym bardziej, że to najczęściej wśród młodych jest objawem czczego powtarzania idoli muzycznych (zespół zwie się TGD).
Jeżeli ktoś się z tym utożsamia - jego sprawa. W momencie, gdy manifestuje ów 'pogląd' (może bardziej ideę?) publicznie - od tej chwili czuję posiadanie prawa do wyrażania swej opinii na takowy temat (to tak na wszelki wypadek).
Śmieszna teza. Dziwna, po prostu. Nie rozumiem, jak można bezinteresownie oddać swoją tożsamość, swój byt ... Czemuś? Właśnie - Czemuś.
Druga sprawa to na ile się siebie zatraca, a na ile oddaje się swój los komuś, by to ktoś decydował. Freudowski ojciec, rzecz jasna.
Trzecia sprawa - na ile się oferuje, że chce się oddać, a na ile naprawdę się w tym kierunku coś robi. Mam na myśli następującą rzecz: ileż jest ludzi deklarujących właśnie w ten sposób, które w "realu" nic sobie z tego nie robią - tj. nadal ważniejsze jest imprezowanie, podrywanie dziewczyn, seks, używki, szpan... a może - właśnie takim ma być Bóg? Symbolem seksu, wódki i mody?
Ja nigdy bym nie mógł tak powiedzieć - tym bardziej, że to najczęściej wśród młodych jest objawem czczego powtarzania idoli muzycznych (zespół zwie się TGD).
Jeżeli ktoś się z tym utożsamia - jego sprawa. W momencie, gdy manifestuje ów 'pogląd' (może bardziej ideę?) publicznie - od tej chwili czuję posiadanie prawa do wyrażania swej opinii na takowy temat (to tak na wszelki wypadek).
poniedziałek, 24 maja 2010
"It's disgusting what dreams can do"
I painted a picture of you
Your soul was red & your mind was blue
Destiny lad a light on my creation
This dream I had made a slave of my passion
Reality was always too far away
And we were happy until it came too close 1 day
Suddenly I faced the truth of my dream
My love had only been a picture, a scene
I suppose I needed to believe
Didn't want to see you had never been close to me
But I'm sorry
This illusion has caused you a lot of pain
And I have no solution
I'll try to never be back again
Evergrey I'm sorry
Utwór wspaniały. Cieszę się, że w muzykę Evergrey'a nie wsłuchiwałem się dawniej - dzięki temu mogę teraz delektować się pięknymi dźwiękami bez żadnych niemiłych wspomnień. Obecnie działa jak przestroga.
Obecnie aggrotech'owa mantra:
Taste the fury
That feed the devils inside
Fueled by torment,
Sin, sex, sickness and pride
Psyclon Nine Parasitic
Nie jest to muzyka pop, oj nie. Jednak dla mnie ciekawa i naprawdę dobra.
Koniec zabawy. Czas na zajęcia.
Your soul was red & your mind was blue
Destiny lad a light on my creation
This dream I had made a slave of my passion
Reality was always too far away
And we were happy until it came too close 1 day
Suddenly I faced the truth of my dream
My love had only been a picture, a scene
I suppose I needed to believe
Didn't want to see you had never been close to me
But I'm sorry
This illusion has caused you a lot of pain
And I have no solution
I'll try to never be back again
Evergrey I'm sorry
Utwór wspaniały. Cieszę się, że w muzykę Evergrey'a nie wsłuchiwałem się dawniej - dzięki temu mogę teraz delektować się pięknymi dźwiękami bez żadnych niemiłych wspomnień. Obecnie działa jak przestroga.
Obecnie aggrotech'owa mantra:
Taste the fury
That feed the devils inside
Fueled by torment,
Sin, sex, sickness and pride
Psyclon Nine Parasitic
Nie jest to muzyka pop, oj nie. Jednak dla mnie ciekawa i naprawdę dobra.
Koniec zabawy. Czas na zajęcia.
niedziela, 23 maja 2010
I'm a child playing chess with tomorrow!
I'm no believer
I just listen to my own head
I'm no believer
I just call you liar instead
Keep all your sorrows
Words might be pathetically vain
Life is a fire
Light it and you can read your name
Helloween Anything My Mama Don't Like
Zbliża się czas zaliczeń. prawie codziennie coś będzie, więc mam co robić. Wszelkie przyjemności zostawiam sobie na ostatni tydzień, wówczas głównie będą mnie zajmować wpisy. heh, będzie dobrze;)
18nastka za mną. nie było źle, obawiałem się dużej liczby młodzieży, która pójdzie w tany w rytm techno, a tymczasem ... to kulturalna, nastawiona na naukę młodzież! Matko, aż w pewnym momencie zazdrościłem owego towarzystwa. Mimo wszystko - każdy ma to, na co sobie zasłużył.
I bez sentymentalizmu.
Odkrywam powoli Helloween. Nieraz słyszałem głosy zachęcające, jednak wówczas szukałem na własną rękę, stawałem okoniem, ot. Im człowiek starszy, tym bardziej żałuje swego buntowniczego życia. Tak, kiedyś też powtarzałem, że konformista, dla którego określenie "bunt" oznaczało barbarzyństwo (ew. kolorowy - w wolnym tłumaczeniu) traci swą młodość i to tylko dlatego, że nie szaleje. Dziś coraz częściej wstyd mi za dawne szaleństwo, przy czym zazdrośnie spoglądam na owych "konformistów", którzy nie odczuwają czegoś nieprzyjemnego patrząc wstecz. Zresztą, mają do czego wracać.
Wracając do zespołu, Helloween to genialny zespół. Stawiany na równi z Blind Guardian, w sumie dlatego, iż oba zespoły dawały solidny grunt pod gatunek power metalu, zwanego dziś europejskim (ale tylko ze względu na różnice do amerykańskiego nurtu; osobiście mówiłbym po prostu o niemieckim power metalu, no ale cóż - może zbyt mało świata wdziałem). Są oczywiście znaczne różnice pomiędzy tymi dwoma kapelami, z czasem występowania na scenie włącznie (Helloween jest o pięć lat starszy, ba!).
Co do podobieństw - ciekawostką jest fakt, iż w 1996 roku oba zespoły wydały genialne albumy: The Time Of The Oath z repertuaru Helloween i nieśmiertelne mistrzostwo w gatunku epickiego power metalu, czyli Imaginations From The Other Side BG. Ochy i achy zewsząd.
I'm the king of the night generation!
czwartek, 20 maja 2010
.
Aż trudno uwierzyć, że zostało tylko 2 tygodnie nauki. może to głupie, ale chciałoby się więcej:) Jednak, dzięki temu, będę miał więcej czasu dla siebie. oj tak.
Juwenalia za nami. średnie były, ale mimo wszystko przeżyłem je w całości. Kult dał świetny koncert, choć oglądałem go zza okna. Osobiście dobrze się bawiłem chyba tylko na Maleo. Kasprzycki był w deszczu, więc nie było jak się cieszyć. Genesis... grali dobrze, ale bez rewelacji. Wilson ma po prostu świetny głos i dopasowanych muzyków (choć te skrzypki były zbędne). Turbo - ponoć - świetnie zagrali, choć nie byłem. Tak, byle do przodu.
Ostatnie spotkania z p. naprawdę mnie zadziwiają. Tzn zaskoczył mnie efekt spotkań - wcześniej nigdy bym nie pomyślał, że wystarczy tak mało. i dobrze! ot!
Juwenalia za nami. średnie były, ale mimo wszystko przeżyłem je w całości. Kult dał świetny koncert, choć oglądałem go zza okna. Osobiście dobrze się bawiłem chyba tylko na Maleo. Kasprzycki był w deszczu, więc nie było jak się cieszyć. Genesis... grali dobrze, ale bez rewelacji. Wilson ma po prostu świetny głos i dopasowanych muzyków (choć te skrzypki były zbędne). Turbo - ponoć - świetnie zagrali, choć nie byłem. Tak, byle do przodu.
Ostatnie spotkania z p. naprawdę mnie zadziwiają. Tzn zaskoczył mnie efekt spotkań - wcześniej nigdy bym nie pomyślał, że wystarczy tak mało. i dobrze! ot!
sobota, 8 maja 2010
Lost in Bucketheadland
sporo się wydarzyło od czasu mojego ostatniego wpisu.
Po pierwsze: seminarium. Pokazałem fragmenty filmów, zarysowałem, co chcę ująć w pracy. jedna rzecz odhaczona.
Po drugie: Terry Bozzio. Nie spodziewałem się takiego koncertu. Śmiało mogę powtarzać ludziom anegdotkę o tym, że chłopaki (a właściwie panowie) zagrali jeden utwór - i zeszli ze sceny ;D .
Po trzecie: dzień norweski. Ostatecznie nie doszło do skutku, a szkoda, wszak przygotowany byłem. w 80%, ale jednak.
Po czwarte: gotowanie. Posiadłem kolejne umiejętności... ale może nie będę się o tym rozpisywał, wszak taką strawę dziecko potrafi zrobić (albo kobieta w ciemnicy).
Po piąte: teatr. Niezwykła Anna Dymna! Jestem tym szczęśliwcem, który mógł ją zobaczyć na deskach Starego Teatru w Krakowie. Zresztą sama "Oresteja" Klaty jest niesamowita, zarazem pod względem scenografii (jakiej w życiu jeszcze nie widziałem: dym, wiatr, gra światłocieni i pełnego mroku w sali), gry aktorskiej [przez długi czas powracać mi będzie w wyobraźni pani Dymna wbiegająca z siekierą, niesamowite połączenie scenografii, mimiki, ruchu, muzyki - wprost nie do opisania (przypomniał mi się trzeci sens Barthes'a, coś w tym jest;) )] i nowoczesnej interpretacji tragedii Ajschylosa (początkowo nie do końca rozumiałem, jednak teraz byłbym chętny do ponownego wyjazdu i zobaczenia spektaklu). Wspaniałości! Trochę żal, że nie widziałem Factory 2, ale... Trudno, się mówi! :)
Teraz czas na najnowsze. Szóste zatem.
Obejrzałem dziś wspaniały film - "Inside I'm dancing". Naprawdę lubię tego typu kino. Może w efekcie nie jest wybitne, jednak lepsze, gdyż coś znaczy (w odróżnieniu od durnych komedyjek amerykańskich - o zgrozo, a najgorsze są sztampowe k. romantyczne). W tym filmie dwójka młodych chłopaków (oboje ok. 21 lat) wzajemnie się uzupełniają - Rory udowadnia, że Michael jest bystrym i inteligentnym człowiekiem, zaś Michael ukazuje drugiemu bohaterowi istotę ukazywania swej dobrej, nieawanturniczej i emocjonalnej strony. Ta dwójka przypomniała mi od razu parę (Anię i Grzegorza) z dokumentu "Kochankowie" w reżyserii Rafała Skalskiego. Z tą różnicą oczywiście, że w pierwszym filmie jest to para przyjaciół, a w drugim - para małżeńska.
Trudno jest znaleźć drugą połowę, bratnią duszę czy też połówkę jabłka. O tym traktują oba filmy. Sama myśl o tym wprawia mnie w krępujące, niemiłe uczucie, poczucie bezradności, niemocy. Dobrze, że są to filmy z pozytywnym przesłaniem: "Masz cały świat w swoich rękach".
Po pierwsze: seminarium. Pokazałem fragmenty filmów, zarysowałem, co chcę ująć w pracy. jedna rzecz odhaczona.
Po drugie: Terry Bozzio. Nie spodziewałem się takiego koncertu. Śmiało mogę powtarzać ludziom anegdotkę o tym, że chłopaki (a właściwie panowie) zagrali jeden utwór - i zeszli ze sceny ;D .
Po trzecie: dzień norweski. Ostatecznie nie doszło do skutku, a szkoda, wszak przygotowany byłem. w 80%, ale jednak.
Po czwarte: gotowanie. Posiadłem kolejne umiejętności... ale może nie będę się o tym rozpisywał, wszak taką strawę dziecko potrafi zrobić (albo kobieta w ciemnicy).
Po piąte: teatr. Niezwykła Anna Dymna! Jestem tym szczęśliwcem, który mógł ją zobaczyć na deskach Starego Teatru w Krakowie. Zresztą sama "Oresteja" Klaty jest niesamowita, zarazem pod względem scenografii (jakiej w życiu jeszcze nie widziałem: dym, wiatr, gra światłocieni i pełnego mroku w sali), gry aktorskiej [przez długi czas powracać mi będzie w wyobraźni pani Dymna wbiegająca z siekierą, niesamowite połączenie scenografii, mimiki, ruchu, muzyki - wprost nie do opisania (przypomniał mi się trzeci sens Barthes'a, coś w tym jest;) )] i nowoczesnej interpretacji tragedii Ajschylosa (początkowo nie do końca rozumiałem, jednak teraz byłbym chętny do ponownego wyjazdu i zobaczenia spektaklu). Wspaniałości! Trochę żal, że nie widziałem Factory 2, ale... Trudno, się mówi! :)
Teraz czas na najnowsze. Szóste zatem.
Obejrzałem dziś wspaniały film - "Inside I'm dancing". Naprawdę lubię tego typu kino. Może w efekcie nie jest wybitne, jednak lepsze, gdyż coś znaczy (w odróżnieniu od durnych komedyjek amerykańskich - o zgrozo, a najgorsze są sztampowe k. romantyczne). W tym filmie dwójka młodych chłopaków (oboje ok. 21 lat) wzajemnie się uzupełniają - Rory udowadnia, że Michael jest bystrym i inteligentnym człowiekiem, zaś Michael ukazuje drugiemu bohaterowi istotę ukazywania swej dobrej, nieawanturniczej i emocjonalnej strony. Ta dwójka przypomniała mi od razu parę (Anię i Grzegorza) z dokumentu "Kochankowie" w reżyserii Rafała Skalskiego. Z tą różnicą oczywiście, że w pierwszym filmie jest to para przyjaciół, a w drugim - para małżeńska.
Trudno jest znaleźć drugą połowę, bratnią duszę czy też połówkę jabłka. O tym traktują oba filmy. Sama myśl o tym wprawia mnie w krępujące, niemiłe uczucie, poczucie bezradności, niemocy. Dobrze, że są to filmy z pozytywnym przesłaniem: "Masz cały świat w swoich rękach".
Subskrybuj:
Posty (Atom)